Pani Anna prosiła o zamianę mieszkania, ponieważ lokal, w którym obecnie mieszkają, jest w opłakanym stanie. Póki co nic takiego nie nastąpiło.
Lekarka z przychodni, do której z dziećmi chodzi pani Anna, nie kryła zdumienia.
„Jako lekarz prowadzący kategorycznie stwierdzam, że wyżej wymienione warunki bytowe stanowią bezpośrednie, realne i drastyczne zagrożenie dla życia oraz zdrowia dzieci” – czytamy w piśmie, pod którym podpisała się lekarka.
Dodaje, że dzieci powinny zostać przeniesione do innego, bezpiecznego dla nich lokalu.
– PGM zaproponował jedynie, że może podreperować nasze piece kaflowe, a w tym czasie my będziemy z dziećmi w domu, a w trakcie prac trzeba stale wietrzyć, żeby murowany piec schnął. Nie rozumiem, dlaczego nie chcą nam tak naprawdę pomóc – rozkłada ręce pani Anna.
A sytuacja jest poważna.
– Te piece stanowią śmiertelne zagrożenie. Nie tak dawno z pieca zaczął się wydobywać czarny dym i czujka czadu piszczała. A to pokój córki. Żona uciekła z dziećmi na korytarz. A co, gdyby to było w nocy? Mówi pan Mirosław.
Torzewscy o wsparcie poprosili Stowarzyszenie Nowy Chorzów. Byliśmy u nich. ZOBACZ WIDEO